Biegiem przez Pragę. I BMW Półmaraton Praski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzień po tłuszczańskim sprawdzianie wybrałem się na I BMW Półmaraton Praski. Skusiła mnie szybka trasa i niska opłata startowa. Jednak kiedy porównam zawody biegowe z triathlonowymi, to każda opłata startowa jest niska.  Cieszę się, że wreszcie warszawska Praga doczekała się imprezy biegowej z prawdziwego zdarzenia. To miał być start kontrolny moich możliwości przed wrześniowym maratonem.  Nie ukrywam, że liczyłem na życiówkę. Moim założeniem było połamanie 1h 20 minut.

Terminarz weekendowy miałem dość napięty. Sobota rano – prowadzenie zajęć na pływalni; południe – start w tłuszczańskim crossie; wieczór – mecz Polska-Serbia na Narodowym. Po meczu byłem tak naładowany emocjami, że położyłem się spać koło północy (co jest raczej rzadką praktyką, jeśli chodzi o mój grafik regeneracyjny). W każdym razie w niedzielę, przed biegiem, czułem jeszcze w nogach sobotni bieg, a podczas samego półmaratonu 35 kilometrowy BNP z poprzedniej niedzieli. Temperatura była znośna, ale powietrze było dość ciężkie. Jednak nie powinienem zbytnio narzekać na warunki atmosferyczne.OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Taktyka na bieg była prosta: biec na złoty dwadzieścia i ostatni kilometr potraktować typowo sprintersko, czyli ile fabryka dała. Ustawiłem się, więc grzecznie za balonikiem z napisem 1:20. Biegło mi się dobrze, przynajmniej pierwszy kilometr, który okazał się wolniejszy od zakładanego o kilka ładnych sekund. Kolejny kilometr był już zdecydowanie szybszy, co nie było po mojej myśli, bo nie lubię biegów typu interwał. W każdym razie kolejne kilometry pokonywałem czując się niezbyt komfortowo. Kompletny brak świeżości – pomyślałem.

Na początkowym etapie startu zorientowałem się, że w grupie na 1h 20 min. biegnie mistrz olimpijski z Pekinu w wioślarstwie Adam Korol. Ogarnąłem to na bodajże 5 kilometrze, gdy niechcący lekko zahaczyłem o jego łydkę i wtedy odwrócił się do mnie z lekkim uśmiechem na ustach, mówiąc: Pierwsze podcięcie! Zażartowałem: Kolejne podcięcie i będzie cios z płaskiej. Na to on zrewanżował się ironicznym komentarzem: To co, mam zacząć się bać? Zaczęliśmy przez chwilę gadać. Konwersacja jednak trwała krótko, bo tylko do momentu, kiedy zając (pacemaker) upomniał mnie, żebym nie marnował energii na rozmowy, co było dobrą radą.

Z kilometra na kilometr biegło mi się coraz gorzej. Przypomniało mi się niedzielne wybieganie, które miałem jeszcze w nogach oraz 9 kilometrowy sprint z poprzedniego dnia. Na dziesiątym kilometrze ledwo trzymałem się grupy. Na punktach z wodą starałem się tracić jak najmniej, ale było to trudne. Po nawrocie zające skakały  żwawo do mety zostawiając mnie kilkanaście metrów za sobą. Nawrót wybił mnie kompletnie z rytmu. Nie potrafiłem utrzymać dobrego tempa. Słabłem i w tamtym  momencie pogodziłem się z tym, że nic nie zwojuję. Trzeba było lecieć negativem, tak jak w Pabianicach – złościłem się na siebie. Brak pokory i zbytnia wiara we własne siły sprawiły, że ten bieg mi nie wyszedł. Czas 1h 23 minuty był zdecydowanie poniżej oczekiwań. Na mecie spotkałem jeszcze Adama Korola (1h 19min.), któremu wyżaliłem się ze swojej słabej postawy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Ten bieg dał mi sporo do myślenia. Dobrze, że sprawdziłem swoje możliwości w tym momencie – miesiąc przed Maratonem Warszawskim. Teraz pozostaje tylko wyciągnąć wnioski i dobrze (bez zbędnych kombinacji) przepracować wrzesień. Oby na warszawskim nie było już żadnych niespodzianek.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.