Miesięczne archiwum: październik 2022

Berlin 2022

Piątek, 23 września, dziesiąta rano. Czekamy z Agą na autobus, który ma nas zaraz zabrać do Berlina. Tylko pół godziny opóźnienia. Autobus jedzie z Tallina i poza estońskimi biegaczami wiezie kobiety z Ukrainy oraz mężczyzn z Rosji. Ci ostatni raczej nie jadą na maraton.

Do Berlina dojeżdżamy o dziwo o czasie. Chcę od razu odebrać pakiet, więc wsiadamy w pociąg i jedziemy na nieczynny port lotniczy Tempelhof położony, około 4 km od centrum, w dzielnicy … Tempelhof. Tam biegacze otrzymywali numery startowe, darmowe ciasteczka i koszulki finiszera (płatne już w euro). Docieramy do celu. Od wejścia do budynku do stoisk z pakietami trzeba było pokonać około 800 metrów w linii prostej. To expo było naprawę sporych rozmiarów. Można było tam utknąć na dobre parę godzin. Miałem niezły czas.. Jedyne 45 minut door-to-door. Pierwszy sukces. Przy odebraniu pakietu musiałem zdać test wiedzy o berlińskim maratonie AD 2022. Wolontariuszka zapytała mnie czy wiem co zrobić z plastikowym chipem. Wiedziałem. Drugie pytanie: czy wiem o której startuje „grupa B” do której byłem przypisany. Tutaj nie zaliczyłem. Grupa A, B, C (i zdaje się D) startowała jako pierwsza fala o 9:15. Nieistotne co odpowiedziałem.

Sobota to czas w którym powinienem odpocząć, studiować maratoński przewodnik, pić izotoniki na przemian z muszynianką oraz jeść sporą ilość spagetti z sosem pomidorowym. To była moja pierwsza podróż do Berlina, więc… zmodyfikowałem mój plan. Chciałem zobaczyć skrawek tego miasta o którym słyszałem same pozytywne opinie. Zaplanowaliśmy kilka kluczowych punktów stolicy Niemiec. Zum Beispiel: Brama Brandenburska, Reichstag, Charlie Point, Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, pozostałości po Murze Berlińskim, a na deser muzeum Helmuta Newtona. Wieczorem zegarek wyświetlił mi liczbę 17 tysięcy kroków (w sumie – w ciągu dwóch dni wyszło ponad 30 tysięcy). Kolejny „sukces”.

Potwierdzam. Berlin to świetne miasto. Niska zabudowa i zieleń pozwala zachować niespotykany w wielkich metropoliach klimat. To niesamowite jaką przemianę przeszło to miejsce. Z miasta rasistowskiego, wykluczającego i parszywego stało się oazą dla uchodźców i mniejszości. Tego powinniśmy uczyć się od Niemców.

Niedziela, szósta rano. Zbieram się, żeby coś zjeść. Nakupiłem tych spożywczych produktów tyle, że… połowę przywiozłem do Warszawy. Zjadłem jakieś owocowe owsianki w tubce i zagryzłem musem daktylowym. Na półtorej godziny przed startem byłem już przed wejściem do strefy zawodnika. Kopniak od Agi i przemieszczam się do parku zlokalizowanym przy linii startu, żeby trochę potruchtać. Nie wziąłem folii termicznej z sobą (co nie było najrozsądniejszym posunięciem), ale temperatura była znośna od rana, więc nie telepało mną.

Jest 9:12. Stoję jakieś 40 metrów od linii startu. Na telebimie znajdującym się nad belką startową pojawia się prezentacja elity. Najlepszy maratończyk w historii za chwilę będzie atakował rekord świata. Spiker wymawia jego nazwisko, a tłum biegaczy robi nieziemski hałas jakby Niemcy znów wygrali MŚ w piłce kopanej.

Jedziemy z tym maratonem. Pierwsze kilometry w tempie 4’08”-4’10″/km, czyli tak jak miało być. Tętno się zgadza, bo nie przekracza 168 uderzeń. Samopoczucie? Bywało lepsze. „Ważne, że jest chłodno (12 *C), nie wieje i nie ma słońca – trzeba to wykorzystać”. Staram się biec po niebieskich, przerywanych paskach namalowanych na drodze, które wyznaczają optymalną trasę biegu. Biegaczy kręcących się wokół wyniku 3h jest od … jest bardzo dużo. Staram się biec po tym niebieskim, ale zdaję sobie sprawę, że niewiele osób wpadło na ten pomysł i notorycznie ktoś wbiega mi pod nogi rzucając sporadycznie: I’m sorry.

Na 18 km wiem, że o „życie” będzie trudno. Znacie to uczucie, gdy po kilku godzinach trekkingu w górach zaczynacie czuć mocniej nogi. Miałem tak już po pierwszej godzinie maratonu. Nie najlepszy objaw. Dodatkowo, mentalnie trzeba było się zmierzyć z jedną kwestią. Do Berlina przyjechałem na start o priorytecie B, czyli nie najistotniejszym. Co więcej, start o priorytecie A (Maraton w Bostonie) wypalił, więc…nic nie musiałem. Takie myślenie nie pomaga po 30 kilometrach biegu.

Chociaż jeszcze do 34 km była spora szansa na połamanie 2h 57′, tak potem zaczęła uciekać niczym węgiel w cenie 996 zł za tonę. W okolicy 40 kilometra myślałem tylko o tym, żeby dojechać do końca poniżej 3 godzin, podobnie jak Mateusz M. marzący o tym, aby utrzymać się na obecnym stanowisku do wyborów. Udało mi się przyspieszyć na ostatniej prostej i tylko dzięki temu było 2:59:55, a nie 3:00:05.

Co wpłynęło na taki rezultat? Niedotrenowanie z pewnością nie pomogło mi w połamaniu „życia”. Jeśli nie robisz głupot tuż przed startem lub w trakcie biegu to nieumiejętność utrzymania tempa w końcowej fazie jest w 90% przypadków spowodowana brakiem optymalnego przygotowania organizmu na wyzwania maratonu.

Mimo, że nie wykorzystałem dobrych warunków to nie pluję sobie w brodę. To jest maraton. Stać mnie było tego dnia na niewiele więcej. Trzeba to uczciwie przyznać.

Po biegu pojechałem na Stadion Olimpijski, który tego dnia chciałem zobaczyć. Okazało się, że jestem jedynym maratończykiem podróżującym na drugi koniec miasta, żeby tuż po biegu zrobić sobie zdjęcie pod tą monumentalną budowlą. Co ciekawe na stadionie był koncert muzyki elektronicznej, więc nawet nie mogłem zbliżyć się do stadionu (sic!). Ochrona jednak ulitowała się nade mną i mogłem wejść dosłownie kilka metrów za barierki. Zatem te namioty ze zdjęcia pod stadionem to „zabudowa” organizatorów koncertu.

W poniedziałek popołudniu wsiadamy do autobusu relacji Berlin – Tallin. W Warszawie mamy być koło 21:30. Aga zaczepia młodą Ukrainkę jadącą z kotem. Pyta czy kot nie stresuje się jadąc w tak daleką podróż. Dziewczyna odpowiada, że po ucieczce z Mariupola niewiele sytuacji go obecnie stresuje.