Archiwa kategorii: Trening

Berlin 2022

Piątek, 23 września, dziesiąta rano. Czekamy z Agą na autobus, który ma nas zaraz zabrać do Berlina. Tylko pół godziny opóźnienia. Autobus jedzie z Tallina i poza estońskimi biegaczami wiezie kobiety z Ukrainy oraz mężczyzn z Rosji. Ci ostatni raczej nie jadą na maraton.

Do Berlina dojeżdżamy o dziwo o czasie. Chcę od razu odebrać pakiet, więc wsiadamy w pociąg i jedziemy na nieczynny port lotniczy Tempelhof położony, około 4 km od centrum, w dzielnicy … Tempelhof. Tam biegacze otrzymywali numery startowe, darmowe ciasteczka i koszulki finiszera (płatne już w euro). Docieramy do celu. Od wejścia do budynku do stoisk z pakietami trzeba było pokonać około 800 metrów w linii prostej. To expo było naprawę sporych rozmiarów. Można było tam utknąć na dobre parę godzin. Miałem niezły czas.. Jedyne 45 minut door-to-door. Pierwszy sukces. Przy odebraniu pakietu musiałem zdać test wiedzy o berlińskim maratonie AD 2022. Wolontariuszka zapytała mnie czy wiem co zrobić z plastikowym chipem. Wiedziałem. Drugie pytanie: czy wiem o której startuje „grupa B” do której byłem przypisany. Tutaj nie zaliczyłem. Grupa A, B, C (i zdaje się D) startowała jako pierwsza fala o 9:15. Nieistotne co odpowiedziałem.

Sobota to czas w którym powinienem odpocząć, studiować maratoński przewodnik, pić izotoniki na przemian z muszynianką oraz jeść sporą ilość spagetti z sosem pomidorowym. To była moja pierwsza podróż do Berlina, więc… zmodyfikowałem mój plan. Chciałem zobaczyć skrawek tego miasta o którym słyszałem same pozytywne opinie. Zaplanowaliśmy kilka kluczowych punktów stolicy Niemiec. Zum Beispiel: Brama Brandenburska, Reichstag, Charlie Point, Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, pozostałości po Murze Berlińskim, a na deser muzeum Helmuta Newtona. Wieczorem zegarek wyświetlił mi liczbę 17 tysięcy kroków (w sumie – w ciągu dwóch dni wyszło ponad 30 tysięcy). Kolejny „sukces”.

Potwierdzam. Berlin to świetne miasto. Niska zabudowa i zieleń pozwala zachować niespotykany w wielkich metropoliach klimat. To niesamowite jaką przemianę przeszło to miejsce. Z miasta rasistowskiego, wykluczającego i parszywego stało się oazą dla uchodźców i mniejszości. Tego powinniśmy uczyć się od Niemców.

Niedziela, szósta rano. Zbieram się, żeby coś zjeść. Nakupiłem tych spożywczych produktów tyle, że… połowę przywiozłem do Warszawy. Zjadłem jakieś owocowe owsianki w tubce i zagryzłem musem daktylowym. Na półtorej godziny przed startem byłem już przed wejściem do strefy zawodnika. Kopniak od Agi i przemieszczam się do parku zlokalizowanym przy linii startu, żeby trochę potruchtać. Nie wziąłem folii termicznej z sobą (co nie było najrozsądniejszym posunięciem), ale temperatura była znośna od rana, więc nie telepało mną.

Jest 9:12. Stoję jakieś 40 metrów od linii startu. Na telebimie znajdującym się nad belką startową pojawia się prezentacja elity. Najlepszy maratończyk w historii za chwilę będzie atakował rekord świata. Spiker wymawia jego nazwisko, a tłum biegaczy robi nieziemski hałas jakby Niemcy znów wygrali MŚ w piłce kopanej.

Jedziemy z tym maratonem. Pierwsze kilometry w tempie 4’08”-4’10″/km, czyli tak jak miało być. Tętno się zgadza, bo nie przekracza 168 uderzeń. Samopoczucie? Bywało lepsze. „Ważne, że jest chłodno (12 *C), nie wieje i nie ma słońca – trzeba to wykorzystać”. Staram się biec po niebieskich, przerywanych paskach namalowanych na drodze, które wyznaczają optymalną trasę biegu. Biegaczy kręcących się wokół wyniku 3h jest od … jest bardzo dużo. Staram się biec po tym niebieskim, ale zdaję sobie sprawę, że niewiele osób wpadło na ten pomysł i notorycznie ktoś wbiega mi pod nogi rzucając sporadycznie: I’m sorry.

Na 18 km wiem, że o „życie” będzie trudno. Znacie to uczucie, gdy po kilku godzinach trekkingu w górach zaczynacie czuć mocniej nogi. Miałem tak już po pierwszej godzinie maratonu. Nie najlepszy objaw. Dodatkowo, mentalnie trzeba było się zmierzyć z jedną kwestią. Do Berlina przyjechałem na start o priorytecie B, czyli nie najistotniejszym. Co więcej, start o priorytecie A (Maraton w Bostonie) wypalił, więc…nic nie musiałem. Takie myślenie nie pomaga po 30 kilometrach biegu.

Chociaż jeszcze do 34 km była spora szansa na połamanie 2h 57′, tak potem zaczęła uciekać niczym węgiel w cenie 996 zł za tonę. W okolicy 40 kilometra myślałem tylko o tym, żeby dojechać do końca poniżej 3 godzin, podobnie jak Mateusz M. marzący o tym, aby utrzymać się na obecnym stanowisku do wyborów. Udało mi się przyspieszyć na ostatniej prostej i tylko dzięki temu było 2:59:55, a nie 3:00:05.

Co wpłynęło na taki rezultat? Niedotrenowanie z pewnością nie pomogło mi w połamaniu „życia”. Jeśli nie robisz głupot tuż przed startem lub w trakcie biegu to nieumiejętność utrzymania tempa w końcowej fazie jest w 90% przypadków spowodowana brakiem optymalnego przygotowania organizmu na wyzwania maratonu.

Mimo, że nie wykorzystałem dobrych warunków to nie pluję sobie w brodę. To jest maraton. Stać mnie było tego dnia na niewiele więcej. Trzeba to uczciwie przyznać.

Po biegu pojechałem na Stadion Olimpijski, który tego dnia chciałem zobaczyć. Okazało się, że jestem jedynym maratończykiem podróżującym na drugi koniec miasta, żeby tuż po biegu zrobić sobie zdjęcie pod tą monumentalną budowlą. Co ciekawe na stadionie był koncert muzyki elektronicznej, więc nawet nie mogłem zbliżyć się do stadionu (sic!). Ochrona jednak ulitowała się nade mną i mogłem wejść dosłownie kilka metrów za barierki. Zatem te namioty ze zdjęcia pod stadionem to „zabudowa” organizatorów koncertu.

W poniedziałek popołudniu wsiadamy do autobusu relacji Berlin – Tallin. W Warszawie mamy być koło 21:30. Aga zaczepia młodą Ukrainkę jadącą z kotem. Pyta czy kot nie stresuje się jadąc w tak daleką podróż. Dziewczyna odpowiada, że po ucieczce z Mariupola niewiele sytuacji go obecnie stresuje.

A może czas na profesjonalne podejście

To ironiczne zdanie autorstwa jednego z trenerów triathlonu brzęczy mi znowu w głowie. Po ostatnich wydarzeniach związanych z zawodami JBL Triathlon Poznań wizerunek Polskiego Związku Triathlonu po raz kolejny został nadszarpnięty. Transparentność, profesjonalizm, dobra komunikacja, rzetelność, szacunek. PZTri chce być postrzegane jako solidna firma wychodząca z otwartymi ramionami do każdego zawodnika i każdej zawodniczki. Niestety kolejne potknięcia powodują, że nasz rodzimy związek przestaje się kojarzyć z przytoczonymi powyżej pojęciami. Zacznijmy może od podstaw, czyli statutu związku.

1. Celem Związku jest:
1) organizowanie i prowadzenie współzawodnictwa sportowego w triathlonie;
2) reprezentowanie polskiego triathlonu w krajowych i międzynarodowych organizacjach sportowych;
3) realizowanie zadań publicznych w zakresie upowszechniania kultury fizycznej, w szczególności triathlonu;

4) popularyzacja, rozwój i promocja triathlonu.
2. Związek realizuje swoje cele w szczególności przez:
1) zrzeszanie okręgów i klubów zajmujących się w kraju rozwojem triathlonu, paratriathlonu, duathlonu, aquathlonu, triathlonu zimowego oraz crosstriathlonu i crossduathlonu,

2) opracowanie kierunków rozwoju triathlonu, paratriathlonu, duathlonu, aquathlonu, triathlonu zimowego oraz crosstriathlonu i crossduathlonu w Polsce,
3) organizowanie i realizację współzawodnictwa sportowego na terenie kraju, w tym zawodów o Mistrzostwo Polski i Puchar Polski na zasadzie wyłączności,
4) ustalanie przepisów sportowych, organizacyjnych, technicznych, szkoleniowych uprawiania triathlonu…

To tylko wycinek działań do jakich został powołany PZTri. Warto wspomnieć, że wiele inicjatyw związku (m.in. program Tri Pop wspierający kluby triathlonowe) funkcjonuje bez większych zarzutów. Dlatego szczególnie bolą takie sytuacje jak ta z Poznania. W takich momentach praca związku zostaje dezawuowana z racji silnych negatywnych emocji i szeroko komentowanych błędów organizatorów.

Mamy zdaje się tylko dwie kultowe imprezy dla Age-Grouperów i PRO-sów w randze Mistrzostw Polski. W gwoli ścisłości została jedna. W Malborku we wrześniu organizowane będą MP na dystansie Ironman. Natomiast w Suszu przez wiele lat organizowano MP na dystansie sprinterskim. Cieszy fakt, że Malbork sukcesywnie buduje swoją pozycję. Brakuje u nas takich zawodów z tradycją. A Malbork robi to dobrze. Tamże już jakiś czas temu odkryto trend w którym Age-Groperzy zaczynają rywalizować z PRO-sami jak równy z równym. Niestety nie wszyscy zauważyli to zjawisko rozpychania się łokciami przez Age-Grouperów i teraz za to płacimy… my (zawodnicy) oraz PZTri (czyli w jakimś sensie również my).

Prestiż

Marka zawodów to nie tylko kasa, fajni sponsorzy i tysiące osób śledzących profil organizatorów w social mediach. To, moim skromnym zdaniem, przede wszystkim niezmienność zasad, kultura organizacji, szacunek do pracy zawodnika i właściwe docenienie jego trudu. W ten sposób buduje się prestiż zawodów. Doświadczyłem tego na zawodach we Frankfurcie (Ironman), Bostonie (maraton) i Nowym Jorku (maraton). W Polsce doceniam Enea Bydgoszcz Triathlon za ciągły rozwój i profesjonalne budowanie relacji z zawodnikami. Moim zdaniem ta miejscówka zasługuje na organizację MP na dystansie 70.3 IM. Zawody w Bydgoszczy w 2019 roku, jeśli dobrze pamiętam, były drugą najliczniejszą imprezą triathlonową w Europie. Mamy triathlon z którego możemy być dumni i chyba wielu się ze mną zgodzi, że warto takie imprezy promować.

Niestety na przestrzeni lat na imprezach rangi mistrzowskiej brakowało tego profesjonalnego podejścia do zawodników. Wypowiem się tylko o tych imprezach w których brałem udział. W 2016 na MP w Gdańsku na dystansie olimpijskim najlepsi trzej zawodnicy i zawodniczki z kategorii Age-Group nie otrzymali medali. Nie jest to oczywiście wymóg, ale przyjęło się, że medalistów Mistrzostw Polski dekoruje się… medalami. W 2017 w Chodzieży na tym samym dystansie medale były, ale tylko dla trzech pierwszych zawodników OPEN. Pozostali – zwycięzcy klasyfikacji Age-Group ich nie otrzymali, mimo że startowali w… Mistrzostwach Polski Age-Group. Zawody, które najmilej wspominam to Przechlewo z 2015 roku. Na tej imprezie każdy amator zdobywający medal MP mógł poczuć się wyjątkowo. Przed dekoracją spiker (Foka na mikrofonie- dzięki! ) czytał czas każdego z zawodników i oznajmiał jaki to medal otrzymuje. Po tym krótkim uroczystym wstępie zawodnik wchodził na podium i otrzymywał medal, nagrodę rzeczową oraz statuetkę. Chyba tak należałoby to robić. To tak niewiele, a jednak te obrazki zostają w pamięci.

Szanowny PZTri! Życzę Wam (i Nam), abyśmy szybko wyciągnęli wnioski z ostatnich wydarzeń. Dajmy szansę w przyszłym roku ludziom, którzy od lat w świetny sposób promują triathlon w Polsce. Ranga Mistrzostw Polski, parafrazując klasyka, im się zwyczajnie należy.

Boston 2022

Jest jedna impreza, która motywuje mnie, żeby robić 30-to kilometrowe wybiegania, biegi progowe i kilkusetmetrowe podbiegi. Tą imprezą jest Maraton Bostoński.

Co prawda tych biegów progowych (na progu przemian beztlenowych, czyli takim w którym rozpoczyna się szybki przyrost stężenia kwasu mlekowego we krwi) nie robiłem prawie w ogóle, a jeśli robiłem to przybierały formę biegu z narastającą prędkością (BNP). Postawiłem na ekonomię biegu, pamięć mięśniową i naturalne predyspozycje szybkościowe.

Przygotowania zacząłem pod koniec listopada zeszłego roku. Celem było stopniowe zwiększanie kilometraża. Zacząłem od około 40 km w tygodniu w spokojnym tlenie. Do tego trzeba doliczyć trzy treningi bokserskie po 2h. Tak, zacząłem się bawić w boks od września 2021. Boks zawiesiłem na dwa miesiące przed docelową imprezą. Z początkiem marca zacząłem BPS (bezpośrenie przygotowanie startowe) i całkiem zluzowałem skakanie po ringu. To był czas na pracę specyficzną, czyli pod maraton.

W planie pojawiły się niedzielne 28 km – 35 km biegi po 4’45″/km, 25 kilometrowe BNP po ~ 4’35″/km, zabawy biegowe. Ach, jaka to była zabawa! Może nie było przyjemnie, ale byłem zadowolony, że kilometraż wzrastał, a mięśniowo odczuwałem to nawet znośnie. Przed Bostonem tylko raz odwiedziłem osteopatę Andrzeja Topczewskiego, który igłami rozbił mi mięsień płaszczkowaty. Zatem niezły wynik jak na moje naturalne zdolności do spinania mm.

Bywały dni w których pojawiało się mityczne flow. Tydzień przed Półmaratonem Warszawskim zrobiłem najdłuższe wybieganie i wiedziałem, że nie będę wtedy wypoczęty. Dobry wynik na połówce utwierdził mnie, że założenia pod Boston były słuszne: kilometraż głupcze!

Najdłuższy mikrocykl miał 80 km, czyli przyzwoicie. Po Warszawie (27.03) kilometraż malał, ale pojawiły się kilometrówki i ćwiczenia zbiegania, które wcześniej uskuteczniałem w Zakopanem. Jeśli myślisz poważnie o Bostonie to poza podbiegami poćwicz bieganie z górki i to nie na trzy tygodnie przed imprezą.

Boston

Powrót do Bostonu po 6 latach. Ten z 2016 był najtrudniejszym biegiem w jakim brałem udział. Bezlitośnie odsłania twoje słabości. Maratończyk Piotrek Maj napisał mi przed biegiem, że jedyna słuszna taktyka to: Zacząć bardzo mocno, dołożyć na wzgórzach w Newton i ogień do mety. Ten cholerny maraton jest generalnie z górki nie licząc miejscowości o której wspomniał Piotrek i tak się go niestety biega! Jeśli położy cię Newton to po tobie.

W tym roku postanowiłem rozprawić się z życiówką z Nowego Jorku. Dzień startu, 18 kwietnia, godzina 10:00. Warunki były przyzwoite: 8 *C, lekki boczny wiatr, pełne słońce. Trzeba postawić kropkę nad i. Pierwsze kilometry to bieg w dół. Trzeba uważać, żeby nie przeszarżować. Biegnę koło 4’/km. Tętno 167 uderzeń. Jest ok. Na 12 km biorę żel. Założyłem , że biorę dwa żele – pierwszy wejdzie na 10-12 km a kolejny po 24 km. Tak też zrobiłem. Nie miałem problemów z gatoradem. Piłem na każdym punkcie izo i wodę. Połówka weszła w 1h 27′ 33″. Przyzwoicie.

Wypłaszcza się; zaczyna się odliczanie do Newton. Tętno w normie. Jest kontakt z ciałem. Zaczynamy maraton…

Pierwszy podbieg zaczyna się na 16 mili (ok. 26 km). Będzie ich w sumie cztery. W tym ten ostatni – łamiący serca. Wiem, że stracę cenne sekundy na tym odcinku, ale chcę przebiec to jak najbardziej ekonomicznie. Biegnie się luźno jak na ten etap. Jestem gotowy na Heartbreaking Hill. No to jedziemy! Tętno kilka uderzeń powyżej progu. Po kilkusetmetrach wspinaczki jestem na górze. W głowie: Teraz Adrian! Teraz zapierdalaj do mety! Uspokoiłem oddech. 34 kilometr. Tempo poniżej 4’00″/km. Zapierdalam.

35 km , 36, 37…Nie patrzę już na zegarek. Wiem, że straciłem na tych pagórkach i nie ma innej możliwości niż nadrabianie szybkim zbieganiem. Szczęśliwie nie mam skurczów i problemów żołądkowych. 39 km nie ma już żadnej świeżości. Zaczynam się zastanawiać czy coś pić. Biorę wodę przez rozsądek. Ostatni punkt z wodą tylko po to, żeby polać głowę. 40 km. Wiem, że dociągnę wynik. Nogi bolą. Czołowy wiatr się wzmaga. Myślę już tylko o ostatniej prostej. 41 km tłum kibiców niesie i pozwala wykrzesać z siebie rezerwy. Ostatni zakręt w lewo i meta. Zaczyna cholernie wiać w twarz. Patrzę pod nogi, żeby nie widzieć , że jeszcze kilkaset metrów. Tętno 175. Mówię do siebie.. Przyspiesz! To ostatnia prosta!

Meta. Raczej ulga, że to już koniec niż euforia. Raczej satysfakcja z realizacji planu niż zadowolenie z wyniku. Czas 2h 56′ z groszem. Odczarowałem to miejsce.

PS Chcę podkreślić, że ten wynik to rezultat nie tylko ostatnich miesięcy pracy, ale przede wszystkim wieloletniego treningu. Mój pierwszy maraton pobiegłem w wieku 19 lat. Od tamtego czasu przebiegłem kilkanaście maratonów i półmaratonów. I zdecydowanie tę maratońską podróż uważam za swój największy sportowy sukces. Takich podróży Wam życzę!

Trening latem

Pocztówka z Radkowa

Parafrazując cytat z Misia: gdy jest lato to musi być ciepło… Wykonywanie zadań w wysokiej temperaturze powoduje, że czasem koszty przewyższają profity. Co robić i czego nie robić, aby trenowanie latem było dla nas dobrym doświadczeniem. Przedstawię kilka wskazówek wartych wdrożenia do swojej treningowej rutyny.

Nawyk

Już Stephen R. Covey pisał o roli konkretnych nawyków w drodze do skutecznego działania. Na potrzeby tego wpisu przyjmijmy, że miał rację. Zatem pierwszym nawykiem godnym wdrożenia jest zaprzyjaźnienie się z butelką wody (np. średniozmineralizowanej – 500 do 1500 mg składników mineralnych na litr). Jeśli wychodzimy z domu to do zestawu: portfel, klucze, telefon, maseczka…dodajemy jeszcze butelkę wody. Tak proste i tak trudne zarazem.

Ważmy się

Kolejną rzeczą jest regularne ważenie się przed i po treningu. Utrata masy ciała o ponad 7% w wyniku odwodnienia zaburza procesy adaptacyjne na bodziec i sprawia, że organizm znacznie dłużej się regeneruje. Utrata masy ciała o ponad 5% znacznie ogranicza naszą wydajność podczas treningu czy na zawodach. Warto tego pilnować i włączyć czynność sprawdzania wagi do naszej rutyny, aby nie przekraczać powyższych wartości. Kluczem jest regularność w nawadnianiu. Gdy czujemy pragnienie może to oznaczać, że jesteśmy spóźnieni z dostarczeniem organizmowi odpowiedniej dawki płynów.

Planujmy

Nawał pracy, stres, obowiązki domowe to wszystko powoduje, że do trudnych treningów podchodzimy czasem z marszu. Nieprzygotowani. Przed wymagającą jednostką warto na dwa dni odpowiednio nawodnić organizm pijąc wodę średnio /wysokozmineralizowaną, a na dzień przed można też włączyć izotonik. W dniu treningu na stworzenie rezerwy wodnej może być już za późno. Płyny potrzebują czasu, żeby się wchłonęły. Pijmy mało, ale często. Warto przypomnieć, że w upalne dni – co do zasady, bo są wyjątki – biegamy rano lub wieczorem, wybieramy zacienione miejsca, zakładamy okulary , daszek na głowę, smarujemy się kremem z filtrem, bierzemy camel-baga, pas ze sprawdzonymi izotonikami lub kaskę, żeby coś sobie po drodze kupić.

Regeneracja

Po wysiłku schładzamy się stosując letnio-zimny prysznic. Jeśli mamy taką możliwość to do wanny wsypujemy kilka (a najlepiej kilkanaście) kilogramów lodu, aby przyspieszyć regenerację kończyn. Obecnie jest to najczęściej i najszerzej stosowany zabieg potreningowy o czym możemy przekonać się oglądając chociażby instagramowe profile naszych lekkoatletów. Dalej nie zapominamy o nawadnianiu. Nagrodźmy się za ciężki trening jedząc schłodzonego arbuza i/lub pijąc ulubioną lemoniadę. O tym ile pić po treningu piszę tutaj.

Dobrego, świadomego treningu życzę i trzymam za Was kciuki!

Jak nie zepsuć testu FTP

fot.Darek Nowak/Maratomania.pl

O testach FTP pisze się i mówi sporo. Można odnieść wrażenie, że temat już jest tak oklepany jak Jacek Sasin w lewicowych mediach. Warto przypomnieć jak go przeprowadzić, żeby był on wiarygodny i dawał szansę na sensowne interpretacje. Aby wyznaczyć – na podstawie wyników z testu – w miarę precyzyjnie strefy energetyczne, zawodnik_czka powinien_na być do tej próby odpowiednio przygotowany. Podam, w kilku punktach, przepis jak nie schrzanić testu FTP.

1. Rozgrzewka nie jest przereklamowana

Rozgrzewka to sprawa indywidualna – niektórzy potrzebują 20′ , żeby osiągnąć gotowość do wykonania trudnego fizycznego zadania, ale są tacy, którzy potrzebują ponad 30′, żeby solidnie się rozgrzać. Zasada jest dość prosta (tyczy się to również zawodów) im krótsze i intensywniejsze zadanie tym dłuższa i bardziej precyzyjna rozgrzewka. Zatem prostym sposobem na zepsucie testu jest ominięcie rozgrzewki.

2. Przerwa między zadaniami

Jeśli test składa się z dwóch bloków (odcinków) to pamiętaj, że ważna jest aktywna przerwa między zadaniami oraz jej długość. Jazda powinna odbywać się w strefie regeneracyjnej, czyli powinieneś_aś uprawiać w tej chwili tzw. kolarstwo romantyczne. Dzięki temu szybciej przygotujesz organizm do kolejnej próby.

3. Standaryzacja

Ważne, żeby warunki w jakich przeprowadzasz test były powtarzalne, tak, żebyś mógł_mogła go wykonywać w przyszłości w zbliżonej scenerii i sytuacji – chodzi o porę dnia, wykorzystywany sprzęt (rower, miernik mocy!). Wtedy zasadne będzie porównanie testów i sprawdzenie jaki progres (lub regres) osiągnąłeś_łaś.

4. Energia

Zaplanuj tak dzień , żebyś miał_a czas na jedzenie i zrobienie tzw. rezerwy wodnej. Prawidłowe nawodnienie organizmu powinno nastąpić przed testem/treningiem (a nie tylko np. po wysiłku). Gdy wychodzisz na trening, czy gdy robisz test, powinieneś_aś odpowiednio wcześniej zatankować , żeby mieć wystarczające zasoby energetyczne. Nie zaleca się jeść na 2h przed testem, ale warto nawadniać się stopniowo do pół godziny przed próbą. Pamiętaj, że 4 kawy w ciągu dnia to nie jest dobry pomysł na nawodnienie.

5. Tempo!

Pamiętaj, że jazda testowa to możliwie najwyższa możliwa do utrzymania intensywność przez cały czas trwania wysiłku. Niemniej nie możesz zacząć zbyt mocno, ponieważ nie mając zbyt dużego doświadczenia jazdy powyżej progu przemian beztlenowych – mówiąc kolokwialnie – szybko odetnie Ci prąd. Z drugiej strony nie należy zacząć zbyt asekuracyjnie i wykonać all-out w ostatniej minucie. Trzeba wyczuć ten mityczny złoty środek.

6. Kontekst

Nie powinieneś_aś przeprowadzać testu bezpośrednio po zawodach lub po mocnym akcencie biegowym. Z drugiej strony nie bierz dwóch dni urlopu w pracy tylko po to, żeby regenerować się przed testem. To też nie ma sensu, bo nie będziesz przecież tak robić, gdy tylko zobaczysz cięższe zadanie w rozpisce trening peaks. Ważna jest standardowa higiena treningowa. Warto wyspać się sensownie (szczególnie na dwa dni przed testem) i nastawić pozytywnie. Robienie testu z nastawieniem: i tak mi nie pójdzie, to proszenie się o klasyczne samospełniające się proroctwo.

Test FTP nie należy do łatwych i to niezależnie od tego czyj test wykonujesz: Carmichaela (2×8′), Allena/Coggana (20′) czy Kowalskiego (2×20′). Tego typu próby wymagają nieco doświadczenia treningowego, sporej świadomości możliwości organizmu oraz zasobów wolicjonalnych. Z pewnością nie należy go wykonywać pierwszego dnia po roztrenowaniu czy w pierwszym tygodniu gdy ustawiliśmy swój nowy rower szosowy na trenażer. Niemniej dobrze przeprowadzony test da nam bazę pod budowę stref energetycznych dzięki którym potem możemy precyzyjniej tworzyć całą inżynierię treningową. Dobrego kręcenia!

Triathlonista u psychologa – wywiad z Sylwią Szulc

Dobry triathlonista-amator to według mnie osoba, którą można scharakteryzować w ten sposób: pracowita, cierpliwa, właściwie zmotywowana, odporna psychicznie, wierząca w siebie, lubiąca to co robi, zdyscyplinowana i świadoma zarówno swoich mocnych stron jak i ograniczeń. Zdaje się, że można tak opisać każdego -zawodowego- sportowca. Jakie zatem inne (może mniej oczywiste) cechy osobowości i/lub umiejętności powinien mieć Age-Grouper_ka mający aspiracje osiągania ponadprzeciętnych rezultatów w dyscyplinie sportu jakim jest triathlon? Jakie predyspozycje psychiczne warto mieć w sportach wytrzymałościowych?

To zdecydowanie odpowiedni zestaw cech. Nie wiem czy celowo pracowitość jest na pierwszym miejscu, ale sama też bym ją umieściła na czele. Mogłabym dodać jeszcze, że taka osoba powinna być też pokorna lub może inaczej – z właściwym poziomem pewności siebie, bez wydmuchanego ego, zawsze z szacunkiem dla dyscypliny i przeciwników i dorzucę jeszcze – z pozytywnym nastawieniem. Jeśli chodzi o osiąganie ponadprzeciętnych rezultatów w triathlonie to obawiam się, że nie załatwi tego tylko osobowość:). Do ponadprzeciętności zawsze potrzebna jest chociaż odrobina talentu, szczęścia i dużo ciężkiej pracy, na którą składa się przygotowanie fizyczne, odpowiednia dieta i przygotowanie mentalne. O ile na talent i szczęście wpływu nie mamy to jakość i ilość ciężkiej pracy jest zależna tylko i wyłącznie od nas. Triathlon jest wymagającą dyscypliną. Wymaga sprawnego „przełączania” się miedzy kolejnymi odcinkami dlatego na pewno w tym sporcie lepiej predysponowane są osoby, które mają większą łatwość w koncentrowaniu się i utrzymywaniu tej koncentracji na wysokim poziomie przez długi czas.

Ważne słowo: motywacja. Jak to z nią jest? W jakich aspektach czy sytuacjach motywacja wewnętrzna jest pożądana a w jakich ta zewnętrzna? Czy w ogóle powinno się stosować taki, przyjęty jakiś czas temu, podział?

Może zacznę udzielać odpowiedzi od końca. Czy powinno się stosować podział na motywację wewnętrzną i zewnętrzną? Osobiście uważam, że tak. Nie można wrzucać tych motywów do jednego worka, bo szczególnie w przypadku sportu nie są one na równym poziomie. Dla osiągnięcia sukcesu w sporcie konieczny jest wysoki poziom motywacji wewnętrznej. Bez zabawy, bez radości czerpanej z tego co robimy, bez chęci doskonalenia i rozwijania siebie i swoich umiejętności kolokwialnie mówiąc – to nie przejdzie. Ale motywacja jest czymś zmiennym, zdarzają się spadki i czasami choćbyśmy nie wiem jak bardzo wierzyli w idee sportu, raz na jakiś czas potrzebujemy czegoś nowego. Uważam, że nie ma nic złego w dopełnianiu motywacji wewnętrznej motywacją zewnętrzną. Tak naprawdę ważne, żeby występowały obie tylko w odpowiednich proporcjach (czyli ze znaczną przewagą tej wewnętrznej). Tak samo jest z każdym innym zawodem. Jeśli ciężko pracujemy, angażujemy się, zostajemy po godzinach, robimy więcej niż inni i szef to docenia dając nam premię to też uruchamia się w nas motywacja zewnętrzna. Mimo, że realizujemy swoje zadania chętnie, bez narzekania, bo widzimy, że dużo się przy tym uczymy, rozwijamy, zdobywamy nowe doświadczenia i przede wszystkim lubimy to robić (więc sami jesteśmy zmotywowani wewnętrznie) to nie odrzucamy przy tym innego rodzaju motywacji. I to jest całkowicie w porządku.

Cele, zarówno w sporcie jak i w biznesie, to kluczowe zagadnienia nadające sens naszym działaniom. Kiedy powinniśmy sobie stawiać pytania: Po co ja to robię? Dlaczego to jest dla mnie ważne? Co chcę osiągnąć?

Myślę, że do tego pytania każdy może podejść inaczej, dla mnie postawienie sobie takich pytań powinno się odbyć na samym początku kształtowania się naszej kariery czy po prostu przygody ze sportem. Pytanie „dlaczego?” jest w ogóle moim ulubionym pytaniem i pierwszym jakie zadaję sportowcom, ponieważ od razu pokazuje ich motywację. Robię to bo sprawia mi to przyjemność? Bo czuję, że się rozwijam w ten sposób? Bo chcę żeby wszyscy mnie znali i podziwiali? Robię to dla rodziców, chcę żeby byli ze mnie dumni? Dla siebie? Powodów może być bardzo dużo. Często jak słyszę kilka odpowiedzi to proszę o uszeregowanie ich w kolejności od najważniejszej do mniej ważnej, żeby wiedzieć co jest naszym „kręgosłupem”. Natomiast postawienie sobie pytania „po co ja to robię?” po kilku latach trenowania, uczestniczenia w zawodach, wyjazdach na obozy, zgrupowania, powinno być dla nas sygnałem, że zaszła jakaś zmiana, pojawiły się wątpliwości, coś straciliśmy. Wkrada się zwątpienie i zaczynamy szukać sensu w tym co robimy. To jest moment na przerwę (żeby nabrać dystansu do sytuacji, poprzyglądać się temu jak było na początku, a jak jest obecnie, przypomnieć sobie co sprawiało, że wtedy nie wątpiliśmy w to co robimy) lub sięgnięcie po wsparcie psychologa. Niekiedy są to równoległe działania. Natomiast na pewno jest to moment na reakcję.

Co to znaczy, że sportowiec jest przemotywowany? Czym się to objawia?

Przemotywowanie, to takie jednowyrazowe „chcieć za bardzo”. Mogłoby się wydawać, że to coś pozytywnego – pragnąć czegoś tak bardzo, że nie można przestać o tym myśleć. Fajnie jest mieć w życiu taki cel, jednak samo zjawisko przemotywowania jest niestety negatywne. Zamiast się wyciszać i koncentrować łapiemy się w pułapkę pędzących myśli i zaczynamy popełniać błędy, tracimy wewnętrzny spokój, pojawia się frustracja. Dlatego tak ważne jest przygotowanie mentalne szczególnie przed wielkimi imprezami sportowymi lub zawodami, które mają dla nas osobiście największe znaczenie. Dla każdego zawodowego sportowca „wisienką na torcie” jest złoty medal Igrzysk Olimpijskich lub innej najbardziej prestiżowej imprezy w danej dyscyplinie. IO odbywają się co 4 lata, niektórzy mają szansę być tam tylko raz. Tam nie ma osób z przypadku, każdy bardzo ciężko pracował na to żeby tam być, to miejsce gdzie są najlepsi z najlepszych dlatego o sukcesie decydują detale. W wywiadach po starcie/meczu rzadko się słyszy, że ktoś nie wytrzymał fizycznie, zawodnicy raczej kwitują swoje występy słowami: „chyba za bardzo chciałem”. Dla sportowców amatorów podobną sytuacją mogą być zawody uznane za cel długoterminowy. Zjawisko przemotywowania najczęściej pojawia się w sytuacji, kiedy coś wymaga od nas bardzo dużo czasu, energii i niekiedy ogromnego poświęcenia – co pokazuje wagę tego wydarzenia. Bez dobrego przygotowania mentalnego łatwo wtedy zniweczyć rok lub nawet lata pracy do tych konkretnych, najważniejszych zawodów.

Co to jest ta odporność psychiczna? Co można powiedzieć o sportowcu mającym tę cechę?

Odporność psychiczna to takie trochę radzenie sobie z samym sobą. A tak dokładniej cecha, której na szczęście możemy się nauczyć, ale która nie jest stała więc cały czas musimy nad nią pracować. Na odporność psychiczną składa się kilka czynników. W sporcie do takich najważniejszych należy umiejętność radzenia sobie z presją, kontrolowania własnych emocji,
umiejętność odpowiedniej koncentracji na zadaniu i przede wszystkim umiejętność szybkiego pozbierania się po porażce. Ale kiedy myślę o sportowcu odpornym psychicznie to mam przed oczami osobę zdeterminowaną, zaangażowaną mocno w to co robi, wierzącą w siebie, w swoje umiejętności i możliwości, pozytywnie nastawioną, gotową do nieustannej pracy nad sobą. Odporność psychiczna jest niezbędna do osiągnięcia sukcesu w sporcie i nie ma za wiele wspólnego z talentem więc w triadzie sportowca talent – szczęście – ciężka praca zdecydowanie włożymy ją do ostatniej części tej całkowicie zależnej od nas.

Triathloniści-amatorzy mówią mi o różnego rodzaju stresorach pochodzących z życia pozasportowego. Stres dość mocno oddziałuje na trening np. w kontekście regeneracji. Masz pomysł jak można z nim pracować wychodząc poza klasykę w postaci treningu autogennego?

Na szczęście obecnie dysponujemy już całkiem pokaźną listą sposobów na radzenie sobie ze stresem. Oprócz tych najbardziej efektywnych, czyli treningu autogennego, o który wspomniałeś czy treningu wyobrażeniowego, czyli wizualizowaniu sobie prawidłowo wykonanej czynności. W przypadku triathlonu mamy pole do popisu, bo z jednej strony teoretycznie są to tylko trzy konkretne „ruchy”, a z drugiej strony mamy dystans, który wymaga złapania odpowiedniego rytmu, więc trening wyobrażeniowy polegać na wizualizacji dobrego startu. W bezpiecznych warunkach możemy przepłynąć, przejechać i przebiec całą trasę skupiając się na prawidłowej sylwetce, ruchach, osiągnięciu odpowiedniego tempa. Stres jest niczym innym jak poczuciem nieprzygotowania, zwątpieniem we własne możliwości, więc ćwiczmy też w naszej głowie. Oprócz takich zaawansowanych metod możemy redukować stres również przy pomocy drobnych zachowań. Kiedy czujemy się przytłoczeni zadaniami, obowiązkami spróbujmy ustalić priorytety i znaleźć równowagę. Na naszej liście nie mogą się znaleźć rzeczy związane tylko ze sportem, bo to będzie dalej generować napięcia. Wiemy, że trening jest bardzo ważny, ale złapanie oddechu i oczyszczenie głowy jest jeszcze ważniejsze, więc ustalając listę priorytetów na kolejne dni, nie zapomnijmy o czasie na wypoczynek czy rozrywkę. Idąc dalej za tym wypoczynkiem – wysypiajmy się. Jeśli jesteśmy bardziej wystawieni na stres niż zazwyczaj to wygospodarujmy dodatkową godzinkę na spanie. Innym sposobem na zredukowanie stresu jest rozmowa. Wiem, banalne, ale nadal u wielu osób ciężko z wykonaniem. Dlatego też wcześniej wspominałam o tej równowadze. Człowiek jest zwierzęciem stadnym jak to mówią i osoba lub kilka osób, do których możesz zadzwonić i się wygadać, albo po prostu pogadać o głupotach to cenny dar, o który trzeba dbać, żeby móc z niego korzystać i ostatnia przydatna sugestia – cieszmy się z małych rzeczy, doceniajmy to co mamy. Endorfiny pomagają w walce ze stresem. Im więcej endorfin tym mniejsze napięcia. Każdą ciężką sytuację rozpatrujmy w kategorii szansy nauczenia się czegoś, wyzwania. Ładna pogoda jest dobrym powodem douśmiechu, dobry obiad również.

Jakie czynniki wpływają na sytuację w której zawodnik świetnie radzący sobie na treningu nie potrafi pokazać na co go stać na docelowych zawodach ?

Przede wszystkim trening i zawody to dwa całkowicie różne środowiska. Bardzo ciężko jest stworzyć sobie na treningu warunki, które są na zawodach. O ile kreatywność trenerów jest w stanie zapewnić jakąś nagrodę dla zawodnika w czasie treningu, co w jakiejś części może
odzwierciedlić sytuację z zawodów – walka o medal, o awans – o tyle prawie niemożliwe jest odbywanie każdego treningu przy pełnych lub pustych trybunach. Nagroda na treningach przyzwyczaja do presji, która potrafi się wkraść w czasie zawodów, kiedy to zawodnik przestaje myśleć o osiągnięciu założonego sobie celu a zaczyna myśleć o osiągnięciu wyniku i jest zdecydowanie jednym z czynników warunkujących sukces lub porażkę. Oczywiście u dobrze przygotowanego psychicznie zawodnika, który jest odpowiednio skoncentrowany na celu i wprowadzony w tzw. stan flow nie powinno się to zdarzyć. Natomiast umiejętność osiągania takiego stanu jest naprawdę trudna i jest w zasadzie oddzielnym obszarem do trenowania. Kolejnym wspomnianym elementem są kibice i zjawisko facylitacji społecznej, czyli zjawisko opisujące jak obecność innych ludzi wpływa na nasze zachowanie. Jedni czują się jak ryba w wodzie kiedy są obserwowani – inni wręcz przeciwnie. W Polsce mamy bardzo popularną siatkówkę, szczególnie męską. Zarówno zespoły Ligowe jak i Reprezentacja Polski odnosi liczne sukcesy i zazwyczaj mecze odbywają przy wypełnionych trybunach i świetne atmosferze. Nasi zawodnicy są do tego przyzwyczajeni i często grając z zespołem z kraju, w którym ten sport nie jest tak popularny sami przyznają, że kibice to taki „dodatkowy” zawodnik na boisku. Przeciwnicy są przytłoczeni tym co dzieje się dookoła, nie radzą sobie z presją kilku tysięcy osób liczących na ich błąd.

Długie dystanse (maraton czy Ironman) często wiążą się z kryzysami. Jak sobie z nimi radzić na trasie? Jak myśleć o niekomfortowej sytuacji w której w danej chwili jesteśmy? Czy w ogóle są na to sposoby?

Tak, to jest bardzo ciekawy temat i nawet mogę odpowiedzieć na to pytanie na własnym przykładzie. Nie trenuję niczego zawodowo, ale bardzo lubię jeździć na wycieczki rowerowe, szczególnie z tatą, to taki czas dla nas. Jak odwiedzam rodziców i mamy wolne popołudnie to lubimy sobie wyskoczyć na takie 30-40km. Kiedyś tata upatrzył sobie trasę, mówi „wyjdzie tak ok. 55-60km. Co ty na to?”. Ja mówię – spoko, najwyżej zrobimy przerwę. Ostatecznie wyszło 96km. Mój organizm nie był kompletnie przygotowany do takiego dystansu, na szczęście głowa sobie z tym poradziła. Przez ostatnie 20 km czułam ból mięśni w miejscach, w których nie wiedziałam, że je w ogóle mam, ale udało mi się dojechać bo, jakkolwiek to zabrzmi, dużo do siebie gadałam. Motywujący dialog wewnętrzny jest jednym ze sposobów poradzenia sobie z kryzysem. Brzmi to trochę jak szaleństwo, ale działa, bo po pierwsze dostarczamy sobie dużo pozytywnej, motywacyjnej treści, a po drugie odwracamy uwagę od bólu. Podziel dystans na mniejsze kawałki, myśl tylko o tym kawałku, który masz przed sobą, powtarzaj sobie, że dasz radę, że masz jeszcze siłę na ten kawałek, po osiągnięciu celu pogratuluj sobie, powiedz sobie jaki jesteś z siebie dumny i wyznacz kolejny odcinek. Skup się tylko na tym co do siebie mówisz, nie wpuszczaj do głowy zwątpienia. Oczywiście jak to w przypadku długich, wyczerpujących dystansów musimy się jeszcze skupić na odpowiednim gospodarowaniu energią. Wykonywaniu jak najmniejszej ilości niepotrzebnych ruchów, o odpowiednim rytmie, co jest ciężkie, ale niezbędne w takiej chwili i też pozwala odwrócić uwagę od bólu i zmęczenia.

Sezon triathlonowy nadal jest pod znakiem zapytania. Jak odnaleźć się w sytuacji gdy np. odwołali mi najważniejsze zawody ? Jak sobie radzić gdy moje ważne cele na ten rok wyparowują?

W takiej sytuacji zrozumiałe jest, że pojawiają się pewne emocje. Możemy odczuwać złość, może jakieś rozczarowanie. Każdy sportowiec wkłada szalenie dużo pracy w okresie przygotowawczym więc nic dziwnego, że obecna sytuacja wprowadza niepokój, nikt nie lubi czuć się niepewnie. Wyznaczanie celów zarówno tych krótkoterminowych jak i długoterminowych jest oczywiście bardzo istotne w trzymaniu dyscypliny, ale nigdy nie powinniśmy traktować ich jako sprawy życia i śmierci. Wyznaczając sobie cele na dany okres czasu róbmy to używając zwrotu „chcę” a nie „muszę”. Sportowcom zdarz się mylić samodyscyplinę ze sztywnością. Samodyscyplina jest super. Sztywność jest tragedią. Napina i ciało i umysł. Warto więc pracować nad elastycznym podejściem do celów. Dziś przytrafiła nam się pandemia i uważam, że akurat ten powód odwołania zawodów daje nam niesamowitą lekcję – przede wszystkim lekcję pokory, ale też spójrzmy na to z innej strony – to „tylko” wirus. To nie kontuzja. Oprócz ambicji nic nas nie boli. Co więcej, to dotyczy nas wszystkich. Każdy musiał pozmieniać swoje plany. W życie sportowca wpisane są dużo poważniejsze powody do zmiany celów. Im szybciej przyjmiemy filozofię, że wszystko jest po coś i nauczymy się szukać pozytywów w trudnych sytuacjach tym łatwiej, bez zbędnych nerwów będziemy przyjmować takie sytuacje. To trochę jakby narysować sobie labirynt i na końcu postawić ten nasz cel. Idziemy do niego określoną drogą, która nagle zostaje zablokowana przez powalone drzewo. Co robimy? Opcji jest kilka. Możemy się zatrzymać, zawrócić, jednym słowem poddać się. Możemy próbować usunąć drzewo, zaczynamy więc z nim walczyć, jesteśmy wściekli, tracimy dużo energii i tak w zasadzie sami sobie szkodzimy takimi nerwami. Albo można się na chwilę zatrzymać, popatrzeć, powiedzieć sobie „Okej” i poszukać innej drogi. Może dłuższej. Może mniej wygodnej, trudniejszej, bardziej wymagającej ale nadal prowadzącej do celu.

Kiedy triathloniście-amatorowi potrzebny psycholog sportowy a kiedy terapeuta?

Warto pamiętać, że każdy z nas jest przede wszystkim człowiekiem i wbrew pozorom, w mniejszym bądź większym stopniu borykamy się z tymi samymi problemami. Dodatkowo – ze względu na wykonywany zawód – dostajemy „dodatkową” pulę czynników obciążających. I niestety tak jak ze wszystkim, jeśli nie mamy ułożonych, zaspokojonych podstawowych potrzeb, nie będziemy w stanie efektywnie wspinać się wyżej. Psycholog sportu pomaga nauczyć się sposobów radzenia sobie z brakiem koncentracji, motywacji, ze stresem, ale nie zniweluje ich przyczyn. Dla lepszego zrozumienia weźmy sobie za przykład presję. Co to jest ta presja? Presja to nic innego jak oczekiwania. Teraz pytanie, czyje oczekiwania? Moje? Rodziny? Znajomych? Partnera/partnerki? Jeśli moje to co wpłynęło na to, że mam wobec siebie takie oczekiwania? Dlaczego MUSZĘ wygrać, być najlepszy? Co się stanie jeśli przegram? Jeśli to oczekiwania innych to skąd się we mnie bierze tak ogromne poczucie powinności do spełniania ich oczekiwań? I z tymi pytaniami nam nie pomoże psycholog sportu – z tym nam z pewnością pomoże terapeuta. Nie spotkałam się jeszcze z osobą, która nie miałaby jakiegoś bagażu doświadczeń z dzieciństwa warunkującego nasze zachowania w dorosłym życiu. Uważam, że każdy z nas powinien wybrać się na terapię choćby po to żeby lepiej poznać samego siebie. Kiedy mamy dobrze poukładane podstawy dużo łatwiej nam się angażować i realizować bardziej wymagające projekty.

Jakie są najczęstsze błędy popełniane przez trenerów z którym pracowałaś/ miałaś okazję poznać?

Osobiście najbardziej mnie denerwują trenerzy „eksperci”. W każdej współpracy najważniejsza jest komunikacja. A taki typ trenera uważa, że wszystko wie lepiej bo przecież do tej pory „ZAWSZE to działało”. Co za tym idzie dwa najbardziej podstawowe błędy, z którymi się spotkałam to brak umiejętności słuchania zawodnika i niedostosowanie metod do indywidualnych potrzeb/ preferencji zawodnika. Oczywiście każda dyscyplina „zbiera” ludzi z jakimś określonym zespołem cech, tak samo jak wszystkie inne zawody, mówimy wtedy, że ktoś ma predyspozycje do bycia prawnikiem, lekarzem, pływakiem, bokserem itd. Ale trzeba pamiętać, że oprócz tych cudownych zespołów cech, które potrafią trenerom ułatwić życie, mamy też tzw. różnice indywidualne. To wszystko znowu sprowadza nas do zdania, że sportowiec to też przede wszystkim człowiek. Coraz więcej trenerów otwiera się na współpracę z psychologami sportu dlatego, że mają świadomość, że nie zawsze trzeba być alfą i omegą i jeśli sami nie mają umiejętności nawiązywania relacji, rozmowy, poznawania drugiej osoby, to mogą skorzystać z pomocy psychologa sportu. Trener jest od kwestii technicznych jak ja to nazywam, od metody, psycholog pomaga w implementacji. Najgorzej, kiedy trener ma w sobie zaszczepione sztywne wzorce postępowania – nie twierdzę tu oczywiście, że to trener ma się dostosowywać do zawodnika, bo nie taki jest cel trenowania kogoś, ale brakuje mi u niektórych refleksji, że coś co zadziałało w 99 przypadkach może nie działać przy kolejnym.

Jakie książki z dziedziny psychologii sportu poleciłabyś triathlonistom/triathlonistkom w kontekście samorozwoju, a jakie trenerom?

Nie chciałabym podawać tu konkretnych tytułów, może poza jednym. Najbardziej podstawową pozycją z psychologii sportu, bardzo lekką do przeczytania, dobrą dla sportowców, trenerów, rodziców i psychologów. Na okładce jest napis – „W prostocie tkwi siła” z czym się całkowicie zgadzam, dlatego nie zostawię tu żadnej górnolotnej specjalistycznej pozycji, a proponuję „Psychologię sportu dla bystrzaków” autorstwa dwóch panów – L.H. Smith i T. M. Kays. Natomiast prawdziwą skarbnicą wiedzy jest doświadczenie, własne i innych, dlatego zawsze polecam do czytania autobiografie. W przypadku triathlonu możemy się zapoznać z problemami innych triathlonistów i ich sposobami na radzenie sobie z nimi, ale grzechem byłoby nie sięgnąć do przedstawicieli każdej dyscypliny osobno. Psychologia sportu to bardzo wiele składowych, ale szalenie istotną częścią są emocje. To one w najważniejszych chwilach przybierają postać prawdziwych demonów a nie przeczytamy o nich w publikacjach naukowych. Dodatkowo, autobiografie mogą być świetnym źródłem inspiracji i motywacji jeśli pojawia się potrzeba „przypomnienia sobie” po co się robi.

Jakie rady dałabyś początkującemu  triathloniście/ triathlonistce?

Nie lubię dawać rad, więc tylko powiem, że w sportach wytrzymałościowych wyjątkowo istotne są małe kroki. Z kolei zestawienie triathlon i małe kroki brzmi prawie jak oksymoron, bo triathlon jak mało która dyscyplina kojarzy się z żywiołem, energią, w pewnym stopniu może z jakąś zachłannością, a tu ktoś Ci mówi „powoli, spokojnie, krok po kroku”. Ale jak w wyścigu może zdarzyć się falstart tak i na początku przygody z triathlonem można go popełnić i szybko się zrazić, a jak tracimy radość z tego co robimy to jaki jest sens dalej to robić?

Sylwia Szulc – psycholog, specjalistka z zakresu psychologii sportu, absolwentka studiów podyplomowych z psychologii sportu na Uniwersytecie Gdańskim. Współorganizatorka i uczestniczka licznych konferencji naukowych z dziedziny psychologii sportu.

No to przerwa…

Radość zawodnika na mecie…

Ten sezon sportowy będzie pod wieloma względami wyjątkowy. Przez wszystkie przypadki odmieniamy takie słowa jak: obostrzenie, rozporządzenie czy Mateusz. Triathlonowa brać podzieliła się, moim skromnym zdaniem, na cztery grupy. Pierwsza to triathloniści wierzący i praktykujący. Z ich perspektywy zawody odbędą się (z poślizgiem lub bez), a wiara w to jest niezachwiana. Z dużą motywacją podchodzą do zadań treningowych. Druga grupa to opozycja: „niepraktykujący ateiści”. Nie wierzą w sezon i mają bardzo niską motywację do ćwiczeń. Trzecia to praktykujący agnostycy. Twierdzą, że obecnie niemożliwe jest całkowite poznanie rzeczywistości. Są jednak świadomi wartości płynącej z regularnie wykonywanej pracy treningowej. Czwarta grupa to „praktykujący ateiści”. Nie wierzą w sezon, ale czerpią satysfakcję z wykonywanej pracy na treningu i myślą o niej w szerszym horyzoncie czasowym.

Po tym przydługim wstępie przejdźmy do konkretów. Co się dzieje z naszym organizmem po tym gdy wpadniemy na pomysł czasowego zaprzestania lub znacznego ograniczenia treningów? Poniżej serwuję kilka twardych danych.

Zacznijmy od podstaw. Regularny bodziec treningowy jest konieczny dla zaistnienia tzw. adaptacji (przystosowywanie organizmu w określonych warunkach zgodne z celowym oddziaływaniem) ale i dla utrzymania się jej efektów. Gdy nie mamy właściwej stymulacji (np. zaprzestaniemy ćwiczeń) poziom wytrenowania pozostanie niski lub spadnie do poziomu gdy nie trenowaliśmy. Przyjrzyjmy się ważniejszym cechom motorycznym: sile i wytrzymałości. Zobaczmy w jakim stopniu obniżają się ich parametry w czasie roztrenowania.

Siła!

Rezultaty treningu nastawionego na budowanie parametrów siły i maksymalnej mocy mięśniowej mogą utrzymywać się we względnie długim czasie. Efekty roztrenowania w treningu siłowym są ograniczone w ciągu pierwszych 2 tygodni. Niemniej po 3 tygodniach następuje m.in. 10% spadek mocy maksymalnej. Jak pisze dr hab. prof. AWF Jakub Adamczyk w tekście Trening i zmiany readaptacyjne w wyniku kwarantanny: atrofia mięśniowa (zmniejszenie objętości mięśni) zaczyna się po około 2-3 tygodniach i przebiega szybciej u zawodników mniej wytrenowanych. Spadek objętości mięśni w pierwszych tygodniach nie wynika stricte ze spadku masy mięśniowej tylko mniejszych zasobów glikogenu (odpowiedzialny m.in. za zatrzymywanie wody w mięśniach). Każdy gram glikogenu może związać 3g wody. Dobra wiadomość jest taka, że jest to efekt tymczasowy, możliwy do zniesienia dość szybko po podjęciu pełnego treningu. Aby utrzymać parametr siły w okresie ponad 4 tygodni zaleca się minimum jeden akcent siłowy w tygodniu dla początkujących zawodników. Zawodnicy zaawansowani powinni stosować bodźce ekscentryczne (podczas tego typu pracy mięsień wydłuża się, a jego przyczepy oddalają się od siebie; ten ruch nazywany jest ruchem negatywnym, a pojawia się np. podczas wyciskania w leżeniu w trakcie opuszczania sztangi do klatki piersiowej), jako najefektywniejsze w utrzymaniu siły i masy mięśniowej w okresie redukcji objętości i/lub częstotliwości treningu siłowego oraz ograniczonych (technicznie) możliwości jego realizacji.

Na podstawie badań V. Issurina i G. Lustiga

Endurance

Badania analizowane przez dr Michała Sawczyna z Gdańskiego AWFiS pokazują, że wytrzymałość obniża się średnio między 4 a 25% po 3-4 tygodniach bez treningu – o tyle spadają wyniki w testach wytrzymałościowych. W okresie beztreningowym dłuższym niż miesiąc poziom VO2max jest w stanie, u osób początkujących, spaść do poziomu wyjściowego przed rozpoczęciem treningów! Natomiast u osób wytrenowanych (bez treningu powyżej 4 tygodni treningu wytrzymałościowego) można zaobserwować spadek VO2max od 6% do 20%. Pamiętajmy, że to próg przemian beztlenowych jest ważniejszy, niż Vo2max dla osiąganych wyników. Do utrzymania wysokiej wydolności tlenowej i potencjału oksydacyjnego mięśni kluczowy jest trwały (czytaj regularny i celowy) bodziec treningowy, który jest najważniejszy dla nas – triathlonistów!
Kolejna kwestia dotyczy, wspomnianego w kontekście zmian objętości mięśni, glikogenu mięśniowego (paliwa) zapewniającego zabezpieczenie metaboliczne wysiłku. Utrata zasobów glikogenu następuje dość szybko i wynosi około 40% spadku już po 4 tygodniach bez treningu.

Wyniki badań (Mujika and Padilla, 2000a) mówią nam, że podtrzymywanie wytrzymałości jest możliwe nawet przy długotrwałym obniżeniu (lecz nie całkowitym zaprzestaniu!) obciążeń ukierunkowanych na kształtowanie tej cechy. Utrzymywanie się efektów adaptacyjnych w treningu wytrzymałości powyżej 4 tygodni jest możliwe nawet przy obniżeniu objętości treningu o 60 do 90%! i jego częstotliwości o nie więcej niż 20-30% u zaawansowanych. Mniej doświadczeni zawodnicy mogą pozwolić sobie na redukcję częstotliwości o 50-70%, jednak przy zachowaniu zakładanej intensywności. Miejmy świadomość, że efekt kształtowania wytrzymałości można częściowo uzyskać stosując pozostałe akcenty treningowe – głównie siłę czy wytrzymałość siłową.

Warto wspomnieć też o psychologicznych konsekwencjach przerwy od treningu. Rytm treningowy to nie tylko podtrzymanie czy kształtowanie takich cech jak szybkość, wytrzymałość, gibkość, koordynacja czy siła. To również budowanie pewności siebie, wzmacnianie psyche. Obecny czas to swego rodzaju sprawdzian naszych charakterów. Zatem podejmijmy to wyzwanie, bo zwrot z inwestycji, w tym wymiarze, może okazać się bardzo zadawalający.

Materiały:

Ogasawara R1, Yasuda T, Ishii N, Abe T. Comparison of muscle hypertrophy following 6-month of continuous and periodic strength training. Eur J Appl Physiol. 2013 Apr;113(4):975-85

Mujika I, Padilla S. Detraining: loss of training-induced physiological and performance adaptations. Part II: Long term insufficient training stimulus. Sports Med. 2000 Sep;30(3):145-54.

www.mikesawczyn.com/index.php/jak-dlugo-mozna-utrzymac-forme-nie-trenujac

https://pzla.pl/aktualnosci/11530-trening-i-zmiany-readaptacyjne-w-wyniku-kwarantanny?fbclid=IwAR3yLKRDrbnbzXPE_kaLjXfjSTYm0FHZSICnvQijhyMfhUBy6lG0A4dSqAA

Profilaktyka w czasach niepewności

Od niedawna nasz triathlonowy trening wygląda nieco inaczej – zmodyfikowaliśmy ćwiczenia siłowe, wprowadziliśmy zadania symulujące ruchy pływackie, jednostki w wodzie zastępowane są zazwyczaj spokojnym treningiem tlenowym… na lądzie. Innymi słowy dostosowujemy proces przygotowań do aktualnych warunków. Co zatem możemy zrobić, aby usprawnić owy proces? Opiszę jak możemy działać, aby trening był efektywniejszy a czas około-treningowy był dla nas dobrym doświadczeniem.

1. Profilaktyka wczesna i pierwotna

Te pojęcia łączą się w dużym skrócie z: a) utrwalaniem prawidłowych wzorców zdrowego trybu życia oraz b) zapobieganiem zagrożeniom poprzez kontrolowanie czynników ryzyka. W obecnej bowiem sytuacji warto zwyczajnie zadbać o siebie… bardziej! Pamiętajmy jak ważna jest regeneracja: 7-8 h sen i 15′ drzemki w ciągu dnia. Jeśli zastanawiacie się czy intensywna sesja na trenażerze jest korzystna dla naszego zdrowia, to warto rozpatrzyć to w szerszym kontekście. Zadałbym sobie kilka pytań: Czy zadbałem/zadbam o odpowiednią dawkę snu? Czy moja dieta jest zbilansowana? Czy w związku z tym, że sporo czasu spędzam w domu suplementuję witaminę D? Czy moja aktywność poza miejscem zamieszkania jest zgodna z ogólnymi wytycznymi dotyczącymi bezpieczeństwa? Czy sygnały płynące z mojego organizmu pozwalają mi na wykonywanie mocnej jednostki treningowej? To tylko ważniejsze kwestie na które powinniśmy sobie odpowiedzieć.

2. Jeszcze więcej uważności

Niezbyt sensowne jest lekceważenie infekcji górnych dróg oddechowych, drobnych urazów czy przewlekłego zmęczenia (a szczególnie teraz). Na tyle na ile jest to możliwe spójrzmy na siebie i na nasze potrzeby. Spróbujmy zainwestować swój czas w działania na które nie było do tej pory przestrzeni: regenerujące kąpiele w soli, rzetelne jednostki stretchingu i rolowania, jakościowe posiłki, większa regularność w kwestii suplementacji witaminami (m.in. D, kwas omega-3, kwas l-askorbinowy).

3. Głowa

Większość z nas myśli już o nadchodzącym sezonie. Rodzą się pytania i wątpliwości w kontekście konkretnych startów. To w jaki sposób będziemy o tym myśleć determinuje nasze nastawienie do treningu. Chcę powiedzieć, że tutaj też możemy pracować! To od nas zależy jak postrzegamy otaczającą rzeczywistość i zdarzenia, które nas dotykają. Gdy czujemy dyskomfort w związku z jakimś zdarzeniem możemy tę sytuację odbierać w dwóch wymiarach (w dużym uproszczeniu – negatywnie lub pozytywnie). Nasze nieracjonalne przekonania jesteśmy w stanie zamienić na racjonalne odpowiedniki zgodnie z modelem ABC. Model ABC (Activating event, Belief, Consequence – Zdarzenia, Przekonania, Konsekwencje) został wymyślony przez psychologa Alberta Ellisa. Warto przyjrzeć się sobie w tych warunkach. Czy aby sami nie spalamy się przez przesadne analizy każdego medialnego komunikatu? Czy kompulsywne poszukiwania w sieci informacji od organizatorów zawodów tri wpływają na nas pozytywnie czy negatywnie? Co dla nas oznacza przesunięcie terminu zawodów i czy będziemy umieli się w tym odnaleźć? Czy umiemy trenować dla samej poprawy formy i dla zdrowia, czy tylko wtedy gdy mamy przed oczami perspektywę zawodów? W komentarzach możecie zawrzeć swoje przemyślenia na ten temat. Zachęcam!

Niemal każdy i każda z nas ma świadomość, że na niektóre zjawiska nie mamy wpływu. Starajmy się zatem pracować w tych obszarach, które możemy kontrolować. Poza tym dbajmy o siebie wzajemnie, częściej kontaktujmy się ze sobą używając pozytywnego i motywującego przekazu, pogłębiajmy świadomość poprzez lepsze czytanie swojego ciała, starajmy się myśleć racjonalnie, zakładajmy optymistyczny scenariusz na ten sezon – bądźmy jednakże przygotowani mentalnie na ewentualne zmiany. Trenujmy zdrowo i świadomie!

Szybszy kraul

Sposoby na szybsze pływanie są zasadniczo trzy. 1. Możemy poprawić frekwencję (kadencję) ruchów – pod warunkiem utrzymania długości kroku pływackiego. 2. Możemy zwiększyć długość kroku pływackiego przy podobnej frekwencji 3. Możemy – co jest najtrudniejsze – poprawić oba parametry naraz.

Zacznijmy od wyjaśnienia pojęć:

cykl pływacki – dwa ruchy w stylach asymetrycznych (tj. kraul/ grzbiet); jeden ruch w stylach symetrycznych (tj. klasyk / delfin);

frekwencja – liczba cykli pływackich na minutę;

długość kroku pływackiego – odległość przepłynięta w jednym cyklu ruchowym.

Podstawowym wyzwaniem dla triathlonistów amatorów jest utrzymanie optymalnej długości kroku pływackiego na dystansie (względnie stałej liczby cykli na zadanym odcinku) . Dla przykładu w zadaniu 10x50m kr p.20″ (p – przerwa) – równe tempo! – pierwsza długość basenu pokonywana jest na 21 cykli kraulowych, zaś ostatnia na 28 cykli. Z czego wynika różnica? To może być jeden – lub więcej – z poniższych punktów: zaczyna brakować fazy chwytu wody – podpieramy się; faza wykończenia ruchu jest nieefektywna lub jej nie ma (skracamy ruch); zaczynamy kopać bardzo szeroko i/lub z kolana; przestajemy trzymać biodra wysoko – tracimy opływową linię; zaczyna nam brakować stabilności i równowagi w wodzie; zadzieramy głowę przy wdechu; zaczynamy przecinać oś ciała podczas pracy ramionami. To tylko niektóre bolączki wymagające poprawy. W skrócie – brakuje siły, koordynacji, wytrzymałości, techniki. Wracając do powyższego zadania. Aby utrzymać prędkość, z początkowych odcinków zadania, zazwyczaj zwiększamy frekwencję (liczbę cykli/ minutę – amatorzy prezentują kadencję w granicach 30-40). Pół biedy jeśli jesteśmy w stanie płynąć tym samym tempem, gorzej jeżeli pomimo zwiększonej frekwencji zwalniamy. Najgorzej jest jednak wtedy gdy pomimo że zwalniamy, myślimy że płyniemy tak samo szybko lub szybciej. Brak świadomego poruszania się w wodzie jest jedną z głównych przeszkód na drodze do doskonaleniu naszego pływania.

Najwybitniejsi pływacy potrafią kontrolować czas na zadaniach x100m z dokładnością do 0,2 sekundy!

Przejdźmy do przykładowych zadań na poprawę frekwencji:

4x100m (50m kr ratowniczy/ 50m kr stała liczba cykli na kolejnych odcinkach + równe tempo) p.30-60″

8-20x25m start w 30″-45″, mocno! – równa liczba cykli!

8x50m kr (15m prędkość submaksymalna z utrzymaniem stałej liczby cykli/ 20m wolno i technicznie, 15m prędkość submaksymalna z utrzymaniem cykli) p.30″-40″

Tutaj prezentuję zadania na poprawę długości kroku:

2x4x50m p.30″, stałe tempo, na każdej kolejnej długości w danej serii zmniejszamy liczbę cykli kraulowych o 1

200 (25m przekładanka z zatrzymaniem – kolejny ruch kraulowy inicjujemy gdy prędkość spadnie do zera – staramy się utrzymać równowagę w wodzie/ 25m kr na pięściach)

2x4x50 m progresja 1-4, p.20″-30″, z utrzymaniem stałej liczby cykli (zadanie można uprościć do 2x4x25m)

Pływanie jest technicznym sportem w którym kontrola czasu-prędkości i techniki przez zawodnika_kę gra dużą rolę. Trudno będzie nam poprawiać czasy jeżeli nie wyrobimy sobie nawyku kontroli – bieżącego monitoringu. Im więcej wiemy o naszym pływaniu – w trakcie realizacji jednostki treningowej, im bardziej jesteśmy świadomi co wymaga korekty i doskonalenia, tym łatwiej będzie nam osiągnąć progres.

Praktyka treningu siłowego triathlonisty

Trening siłowy jest jedną z lepiej poznanych dziedzin w sporcie. Mimo, że informacje na temat treningu siłowego można z łatwością znaleźć w sieci, to pojawia się pytanie, czy aby na pewno umiemy je filtrować i wyciągać tylko te, które dodatnio wpłyną na nasz sportowy rozwój.

Ostatnio byłem na wykładzie doktora Łukasza Trzaskomy (absolwent warszawskiej AWF aktualnie pracujący z węgierskimi kadrami narodowymi) dotyczącym treningu siłowego młodzieży. Okazało się, że prelekcja swą tematyką wychodziła poza zagadnienia dotyczące sportu młodzików i juniorów. Chętnie podzielę się zdobytymi wiadomościami, które zaklasyfikowałem jako uniwersalne prawdy życiowe.

Na początek warto odpowiedzieć sobie na pytanie: jaki jest cel treningu siłowego? Odpowiedź jest dość prosta: celem bowiem jest przygotowanie sportowca do zadań specjalistycznych. Przygotowanie fizyczne jest bazą do dalszego treningu.

Zacznijmy od początku, czyli od rozgrzewki. Przed treningiem siłowym, czy jakimkolwiek innym, należy odpowiednio pobudzić mięsień. Pamiętajmy, że rozciąganie statyczne przed treningiem nie jest korzystne. Co więcej, dowiedziałem się, że rolowanie przed treningiem też nie jest najlepszym pomysłem. Chociaż w tej dziedzinie zdania wśród trenerów przygotowania motorycznego są podzielone. Niedogrzany mięsień to mięsień nieelastyczny – rozciągając jego włókna rozciągamy też układ nerwowy, a tym samym tracimy koordynację. W rozgrzewce powinny się znaleźć ćwiczenia (robione w kontrolowany sposób i prawidłowo technicznie) doprowadzające do pełnego zakresu ruchu.

Należy pamiętać o zasadzie, że każdy trening siłowy powinien zaznajomić się ze specyfiką dyscypliny. Warto trenować tyle ile to konieczne, a nie tyle ile to możliwe. Dążymy bowiem do jakości, a nie ilości wykonywanych powtórzeń. Naszym celem jest poprawienie możliwości fizycznych przy jednoczesnym dbaniu o prawidłowy wzorzec techniki ruchu. To znaczy, że jeśli nie potrafimy zrobić przysiadu bez odrywania pięt od podłoża i nie jesteśmy w stanie utrzymać prostych pleców, to należy – w pierwszej kolejności – popracować (powiedzmy) nad elastycznością stawu skokowego i nad wzmocnieniem mięśni grzbietu. Potem dopiero pracujemy nad techniką – najlepiej pod okiem specjalisty od przygotowania motorycznego (nie mylić z trenerem personalnym). Gdy opanujemy już technikę przysiadu (bez obciążenia) możemy brać się za gryf. Gdy gryf na barkach (właściwie to na łopatkach i nie wyżej!) nie będzie dla nas wyzwaniem możemy założyć na niego żelastwo. Gdy po kilku sezonach będziemy perfekcyjni w technice i koordynacji możemy sobie pozwolić na taką finezję jak przysiady bułgarskie z obciążeniem. Dodam tylko, że optymalny kąt w stawie kolanowym podczas przysiadu z obciążeniem to 75-90*. Zawodnicy mający długie kości udowe nie powinny schodzić poniżej 90* w stawie kolanowym.

Kolejny aspekt to podział ćwiczeń ze względu na obszar oddziaływania. Wyróżniamy: ćwiczenia izolowane – dotyczą tylko jednej grupy mięśni, segmentowe – angażują kilka grup mięśniowych i globalne: angażują kompleksowo mięśnie całego ciała. Ćwiczenia izolowane sprawdzają się przy różnego rodzaju deficytach czy też urazach (rehabilitacja). W sportach wytrzymałościowych interesują nas szczególnie ćwiczenia segmentowe i globalne ze względu na ich zasięg – szerokie działanie (np. pompki, brzuszki, wznosy tułowia, przysiady z obciążeniem, wyciskanie sztangi, podciąganie na drążku, unoszenie zgiętych nóg do tułowia wisząc na drabinkach lub drążku).

Podczas wykonywania ćwiczenia istotne jest oddychanie. Często o nim niestety zapominamy. Praca przeponą to nie tylko bardziej efektywny trening, ale też profilaktyka! Odpowiednie ciśnienie wewnątrz-brzuszne zapewnia stabilizację kręgosłupa. W chwili największego napięcia mięśniowego ciśnienie wewnątrz-brzuszne powinno być najwyższe (wstrzymanie powietrza). Wydech robimy tuż po wykonaniu największej pracy (po momencie największego napięcia mięśniowego). Aby móc efektywnie ćwiczyć należy się …nauczyć oddychać w trakcie ćwiczeń.

W treningu siłowym w zależności od akcentów i specyfiki dyscypliny jaką uprawiamy dążymy do następujących efektów: lokalnej wytrzymałości siłowej, masy mięśniowej (hipertrofii), siły oraz mocy. W treningu triathlonowym szczególnie interesuje nas LWS, siła oraz moc. LWS to ćwiczenia na krótkiej przerwie ze znaczną liczbą powtórzeń – adaptujemy mięsień do długiej pracy. Celem hipertrofii jest zwiększenie przekroju poprzecznego mięśnia. Celem siły zaś jest optymalna proporcja między jakością pracy a masą mięśniową. Moc to praca wykonana w jednostce czasu. W dużym skrócie interesuje nas najwyższa prędkość jej wykonania.

Trening mocy może być problematyczny dla sportowców wytrzymałościowych, ponieważ wszystko jest tu odwrotnie! Po pierwsze trening mocy powinniśmy robić wypoczęci. Po drugie stosujemy bardzo długie przerwy (do pełnego wypoczynku) pomiędzy powtórzeniami! Po trzecie ostatnie powtórzenie w serii (zazwyczaj mamy ich 4-5!) powinno być wykonane na tej samej prędkości co pierwsze, czyli maksymalnej (sic!). Moc powinna nam się od dziś kojarzyć z dużą prędkością i niewielkim obciążeniem. W treningu do dystansów długich (70.3 IM i więcej) moc powinna być kształtowana niespecyficznie (siłownia) szczególnie zimą zgodnie z logiką prawidłowej periodyzacji. Przykładowym ćwiczeniem kształtującym tę cechę jest maksymalnie (jeszcze raz zaznaczę!) szybki skok na 30 cm podest (pozycja wyjściowa: półprzysiad). Dlaczego nie wyższy? Bo wskakiwanie na podest wyższy nie będzie kształtowało mocy, ale koordynację i np. siłę. Do tego, aby skutecznie ćwiczyć moc powinniśmy mieć odpowiednią bazę siłową. Innymi wartościowymi ćwiczeniami na moc będą: rzut piłką lekarską o niewielkiej masie, czy wyskok z półprzysiadu z gryfem na barkach, zaś dla zaawansowanych zawodników tzw. zarzut sztangi.

Kolejnym ważnym elementem treningu jest kształtowanie siły. Dzięki sile pokonujemy opór (przy rozwijaniu tej cechy opór wynosi 85-90 % ciężaru maksymalnego). Triathloniści amatorzy zazwyczaj borykają się z mniejszymi lub większymi dysproporcjami mięśni. Ćwiczenia siły mają podwójne zadanie: zwiększają jakość naszej specyficznej pracy (pływanie, rowerowanie, bieg) oraz działają profilaktycznie – wzmacniają (stabilizują) słabsze ogniwa naszego układu mięśniowego.

Przy wykonywaniu ćwiczenia z obciążeniem warto pamiętać o tempie jego wykonywania. Przeanalizujmy to na przykładzie wyciskania sztangi leżąc. Akcentujemy szybki start dzięki czemu poprawiamy parametr RFD (rate of force development), czyli siłę eksplozywną. Końcowa faza (wyprost ramion) powinna być w pełni kontrolowana – zwalniamy! Osoby z przeprostami kończyn górnych nie powinny doprowadzić do pełnego wyprostu (przeprostu) , a raczej sugeruje się zatrzymać ręce lekko ugięte. Zbliżając sztangę do klatki piersiowej należy ją hamować – wykorzystujemy dzięki temu cenną czynność ekscentryczną i tym samym uruchamiamy mięśnie antagonistyczne.

Kolejny temat – trening funkcjonalny. Mamy tutaj trzy – często mylone, bądź błędnie interpretowane – aspekty z nim związane: trening funkcjonalny, trening siły funkcjonalnej oraz trening funkcjonalny w sporcie. Czym jest trening funkcjonalny? Kojarzymy to z treningiem na niestabilnym podłożu (beret, piłka szwajcarska). I prawidłowo! Są to zestawy ćwiczeń dla osób wracających po kontuzjach lub poprawiających swą sprawność – celem jest tu rehabilitacja. Trening funkcjonalny w sporcie to przygotowanie do sportu! Zestawy ćwiczeń adaptują nas do treningu siłowego w naszej dyscyplinie sportu (np. triathlonie). TF w sporcie to akcent na technikę, koordynację i rozwijanie tych cech siłowych przydatnych w specyfice wyścigu. Mamy tu do czynienia z terminem siły funkcjonalnej rozumianej jako zdolność do rozwijania siły i przekładania jej na specyfikę sportu. Udowodniono – co nie jest zaskoczeniem – że klasyczny trening funkcjonalny nie wpłynie na poprawę parametru mocy. Dodatkowo badania mówią, że w sportach dynamicznych (piłka ręczna, koszykówka), przy regularnym wykonywaniu ćwiczeń na niestabilnym podłożu, ponad trzydziestokrotnie wzrasta ryzyko kontuzji! Czy zatem mamy całkiem odpuścić planki i ćwiczenia na bosu? Odpowiedź brzmi nie. Ważny jest jak zwykle kontekst. Plank (tzw. deska) na piłce szwajcarskiej jest zalecany jako uzupełnienie ćwiczeń siłowych z zewnętrznym obciążeniem (np. przysiadów ze sztangą). Pobudzamy wtedy inne struktury mięśniowe i poprawiamy koordynację. Oczywiście jest to dodatek do głównego zestawu ćwiczeń i tak powinien być traktowany.

Jakie zatem ćwiczenia polecane są triathlonistom do codziennej praktyki? Nie będzie zaskoczenia – są to tzw. ćwiczenia uniwersalne. Najważniejszym ćwiczeniem siłowym jest przysiad. Każdy powinien się go nauczyć. Jeśli ktoś ma problem z umiejscowieniem gryfu na łopatkach można też zastąpić przysiad prostowaniem nóg na suwnicy (dla zawodników do 190cm wzrostu). Drugim ćwiczeniem są brzuszki (nie mylić ze spinkami nie mającymi podobno zastosowania w sporcie!) robione na skośnej ławce. Kolejne to wyciskanie sztangi leżąc – pracują tu nie tylko mięśnie obręczy barkowej i ramion, ale również brzuch. Czwarte ćwiczenie to podciąganie na drążku (podchytem lub nachytem) – wzmacnia szerokie grupy mięśni. Następne – unoszenie nóg do góry wisząc na drabinkach lub drążku – jw. Wznosy tułowia na ławeczce – jedno lepszych ćwiczeń wzmacniających mięśnie grzbietu. Ściąganie drążka wyciągu górnego do karku w pozycji siedząc lub wyciągu dolnego do brzucha – kolejne dobre ćwiczenie na mięśnie grzbietu i ramion. I jeszcze – jedyne w zestawie – ćwiczenie izolowane, które jednak warto wykonywać: prostowanie nóg w stawach kolanowych siedząc (obunóż).

Na koniec pięć zasad, których warto się trzymać.
1. Wykonujemy nie więcej niż trzy ćwiczenia na daną grupę mięśni 2. Nie wykonujemy tego samego ćwiczenia dzień po dniu. 3. Robimy od 6 do 10 ćwiczeń na sesję. 4. Inwestujemy w pierwszej kolejności w ćwiczenia globalne i segmentowe. 5. Jeśli nie potrafimy zrobić prawidło technicznie ćwiczenia, to go nie wykonujemy.